Otóż to, jestem jednym z największych życiowych przegrywów - nie żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało, kariera obiboka wychodzi mi doprawdy zajebiście , a na dodatek jest bardzo wygodna - i średnio zależy mi na pozytywnej opinii społeczności.
W dzisiejszych czasach można liczyć tylko i wyłącznie na siebie, a resztę mieć głęboko tam gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Zaufanie obcemu jest równe wydaniu zgody na swoją własną, często niezasłużoną egzekucję. Ludzie są nic nie warci więc po co chcieć cokolwiek po sobie zostawić ? Dla następnych pokoleń ? Bo błagam... a co dostałem ja? Nic poza chujowo rozdanymi kartami... a z resztą...
Skończyłem właśnie rozpakowywanie najważniejszych rzeczy kiedy wpadłem na naprawdę genialny pomysł. Czas świętować swoje przybycie! Na dobrą sprawę to każdy powód do urządzenia czy też pójścia na imprezę jest wspaniały.
Przepełniony tą jakże optymistyczną myślą opuściłem mieszkanie i udałem się na poszukiwania jakiegoś pubu, lokalu lub jak tam jeszcze inaczej się tu na takie miejsca mówi.
Znalazłem jeden kilka przecznic dalej od miejsca mojego zamieszkania. W środku było całkiem przytulnie, urządzony w jakimś starszym stylu, chętnie określiłbym w jakim ale nie mam o tym zielonego pojęcia. Było coś koło godziny 20 zatem ludzie, już się schodzili, lub od jakiegoś czasu balowali.
Zająłem miejsce przy barze na miękkim, skórzanym stołku i zamówiłem sobie drinka, który był specjalnością lokalu. Osoby siedzące w okolicy popatrzyły po sobie zdumione a ja nie bardzo rozumiałem o co im u licha chodzi.
- Jeżeli wypijesz pan 5 takich w przeciągu pół godziny to do końca dnia pijesz pan za darmo. - oznajmił mężczyzna stawiając zamówienie pod moim nosem.
- Pięć i pół godziny? Niech będzie.
Wziąłem szkło po czym za jednym razem je wyzerowałem. O cholera ale mocny ten shit. Nie wiem co oni tu dodali ale mordę na drugą stronę wykrzywia. A jak pali w przełyku... Już rozumiem dlaczego wymyślili tą gierkę...
Jakieś pięć minut zajęło mi dojście do siebie nim machnąłem na kelnera, dając znać, iż przyszła pora na następnego.
Tym razem przyjrzałem się temu napojowi podejrzliwie i nie myśląc za wiele go również wydudniłem. Drugi zamiast pójść łatwiej sprawił zdecydowanie więcej problemu. Ło kurcze...
Zostały dwie minuty i jeszcze jeden do wypicia. Teraz ja byłem główną atrakcją lokalu, bo wszyscy wgapiali się we mnie jak w nieznany gatunek. Tak, oni na pewno wiedzieli, że to nie lada wyzwanie więc nikt nie porywał się z motyką na słońce.
- Dawaj! Dawaj! Jeszcze jeden! - podpuszczał mnie tłum.
Westchnąłem głośno, będąc już zalanym w pestkę. Mają racje tylko jeden a nie będę musiał płacić. Nie żebym potem był w stanie wypić coś jeszcze...
Drżącą ręką uniosłem drinka i z zaciśniętymi oczami wmusiłem go w siebie. Pierwszą reakcją organizmu był odruch wymiotny, którego na całe szczęście udało mi się powstrzymać.
Krzyki, brawa i przyjazne poklepywania czyli zmieściłem się w określonym czasie.
- Dobra stawiam wszystkim kolejkę - wybełkotałem na co oni ryknęli śmiechem, a personel chcąc nie chcąc musiał wszystkim zapodać alkoholu. Sam powoli kierowałem się ku wyjściu jednak była to w cholerę trudna sprawa. Kiwało się wszystko z lewej na prawą, a potem z prawej na lewą. Starając się utrzymać pion wyszedłem na zewnątrz i oparłem się o ścianę.
Nie pamiętam jak, ale dotarłem do parku, z którego jedną z ulic można było dotrzeć do mojego mieszkania. Niestety za nic nie pamiętałem którą...
Usiadłem na ławce i opierając łokcie na kolanach schowałem twarz w dłoniach. Jak nie umrę dziś to kac zniszczy mnie jutro... Znakomicie.
- Przepraszam, wszystko w porządku ? - odezwał się jakiś głos. Nie wiem nawet czy kobiecy czy męski.
- Ee - pokręciłem przecząco głową. - jezt...chu...chuj...owo - wymamrotałem niezrozumiale.
<Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz