wtorek, 25 sierpnia 2015

Od Shadoe

   Dziś wieczór moim kompanem przy mikrofonie był Patrick - Postawny brunet grający w naszym zespole na stanowisku gitarzysty. Wyjątkowo zdecydowaliśmy się zagrać utwór innego zespołu... podobno Fall Out Boy. Sprawdziłam go sobie w Google, okazało się, że wokalistą jest właśnie człowiek o imieniu Patrick. Zabawne... chyba. W każdym razie nasza interpretacja "Just One Yesterday" wyszła nie najgorzej. W każdym razie tłumowi się podobało. Chyba nawet nie zauważyli, że to nie nasz utwór. No nic... ważne, że zapłata nasza. Tym razem więcej roboty odwalił raczej Patty, ale jest to nieistotne. Oczy zdecydowanej większości mężczyzn i tak zawsze są skierowane na mnie, jako na kobietę... taki instynkt zachowawczy. Tym lepiej dla mnie.
- I saved it all for you. - i tyle ode mnie. Koniec mojego tekstu, koniec zdzierania swojego gardła, bynajmniej na ten wieczór. Słyszę po swojej lewej stronie, jak i z prawej - z głośników - ostatnie zdanie z tekstu utworu. For just one yesterday, i Patrick zamilkł. Cały zespół wymienił ze sobą pełne radości i satysfakcji uśmiechy, w tym oczywiście ja, przybiliśmy piątki i niemal zeskoczyliśmy ze sceny. Udaliśmy się do kierownika odebrać zapłaty. Nie trwało to długo, ja zawsze dostaję pieniądze jako pierwsza... ciekawe dlaczego? Przyjęłam do ręki plik banknotów, który błyskawicznie wcisnęłam sobie do torebki, i wyszłam z pomieszczenie kierując się od razu w kierunku baru. Zaczepił mnie Jack - perkusista zespołu.
- Jak zwykle do baru? - Zaśmiał się. Odpowiedziałam zalotnie-chciwym uśmieszkiem po czym wyrwałam się z niewidzialnego uścisku blondyna i usiadłam na jednym ze stołków. Jack już dawno zniknął gdzieś w tłumie. Machnęłam ręką, a nim się obejrzałam, stał już przede mną barman. Ten sam od kilku lat. Chudy, choć raczej dobrze zbudowany brunet, o rok ode mnie starszy. Ma na imię Luck, ale jest to jedynie nieistotny fakt. I tak jeszcze nigdy nie miałam okazji zwrócić się do niego po imieniu.
- Tak? - Spytał, wyczekując zamówienia.
- Mojito. - Rzekłam, a barman kiwnął nieznacznie głową na potwierdzenie swoich słów.
- Już się robi. - Przystąpił do mieszania składników drinka, ale mnie niewiele to interesowało... czekałam na coś. Na kogoś, nie konkretnego "kogoś", po prostu... trudno to określić. Mój sposób wybierania jest stosunkowo dziwny, nawet ja zupełnie nie przejrzałam, na jakiej podstawie wiem, kto jest odpowiedni. Po prostu to wiem, i tyle. Finito, kropka i basta. Nic nie może podważyć mojej decyzji, bo gdy jest podjęta, powstrzymać mnie może tylko...
- Taka piękna dziewczyna pije sama? - Usiadł przy mnie jakiś mężczyzna. Nigdy wcześniej go tu nie widziałam. Niwy w tłumie, całkiem przystojny, choć nie przesadnie. Miał brązowe lub zielone oczy, w świetle baru ciężko jest odróżnić te dwa kolory. Chyba brunet, choć równie dobrze mógłby być rudy, ale kolor włosów odgrywa tu najmniej istotna rolę. Świetny... idealny. Przybrałam najlepszy wyraz twarzy, jaki tyko jestem w stanie z siebie wykrzesać. "Już mi się podobasz." przekazałam. Luck-barman postawił przede mną mojego drinka i wystawił rękę po zapłatę, sięgnęłam w kierunku torebki. Ospale, lecz nie na tyle, by ktokolwiek to odczytał. - Ja stawiam. - wyrwał się obcy, patrząc przy tym prosto w moje niebieskie oczy, aż zadziwiające, że Oni tego nie dostrzegają. W jego dłoni już znajdował się banknot, który położył na blacie baru, by barman mógł schować go do kieszeni. Zaczęło się...

   Jesteśmy już przy wejściu do mojego mieszkania. Matt jest już pijany... aż dziw, że jest w stanie utrzymywać się na nogach, ale robi nawet więcej. Celowo zostawiłam drzwi otwarte, nie muszę wyjmowac klucza i marnować czasu na trafianie nim do dziurki, przekręcanie i chowanie go z powrotem... wystarczy lekko wcisnąć klamkę ku górze i popchnąć drzwi - co i tak jest niezwykle skomplikowane, gdy trzeba co chwilę robić coś, by utwierdzić faceta w tym, że się nam podoba. Że w ogóle jesteśmy zdolni do emocji... Sypialnie jest na samym końcu mieszkania, w samym tyle. Nie chce mi się tyle czekać, a jemu chyba wszystko jedno, gdzie to zrobimy... rozglądam się ukradkiem. Jesteśmy w salonie, blisko blatu kuchni, opieram się o niego. Odpinam jeden z guzików, jest to niezwykle ciężkie, zważywszy na to, że mam do dyspozycji tylko lewą rękę. Gdzie to jest, cholera! Łapię za trzeci przedmiot stojący na blacie za mną. Uchwyt noża, z resztą mojego ulubionego. Rozpoznaję go po samym dotyku. Jest taki gładki, a przy tym twardy. Niezawodny. Obejmuję Matta, by ten chwycił mnie mocniej. W końcu lądujemy na kanapie... mam go. Siadam na jego brzuchu i szepczę mu do ucha.
- Teraz ja prowadzę. - W moim głosie nie ma już nawet odrobiny sympatii, a jedynie chłodny głos bezwzględnej Shadoe. Mnie prawdziwej, nieudawanej, szczerej. Pozbawionej dobra, wypełnionej mrokiem. Mężczyzna nieruchomieje, po czym próbuje się wyrwać. Chwytam go mocniej. Przysuwam nóż, nie mija chwila, a z jego szyi wypływa Lepka, wciąż ciepła, połyskująca szkarłatem krew. Na moje twarzy pojawia się uśmiech, choć jakby nie zwyczajny. Uśmiech czystej euforii, szaleństwa. Potwora. Znów zbliżyłam usta do jego ucha, jeszcze żyje, choć ledwo.
- Mimo wszystko chyba wolę dziś i teraz od wczoraj... - Wyszeptałam. - Then I’d trade all my yesterday for just one Today. - zanuciłam, a z jego ust wydobył się ostatni krzyk stłumiony zalewającą go krwią. - Nie będzie mi cię brakować. - Oznajmiłam, już na głos. Powoli zeszłam z Matta, rozkoszując się każdą sekunda euforii pozostałą po odebraniu mu życia. Teraz już tylko pozbyć się ciała... ale to nie problem.

   Po tym wszystkim od razu zasypiam o niebo łatwiej. Ten proces oczywiście zawsze i tak jest zdecydowanie łatwiejszy od tego, który prezentują zwykli, normalni... ci "dobrzy" ludzie. Oni muszą męczyć się, przemieszczać z boku na bok. Nim w końcu zapadną w sen mija kolejna godzina, aż w końcu - ze skrajnego wykończenia, zasypiają. U mnie jest to takie... raz, dwa, trzy i lulu. Bez zbędnych ceregieli, problemów i komplikacji. A same sny? U mnie nie ma czegoś takiego... nie miewam snów ani koszmarów. Podróż przez noc przebiega u mnie szybko, nim się obejrzę, nad budynkami miasta już wstaje słońce wyrywając mnie z ów "transu".
   Tak było i dziś. Otworzyłam oczy i spojrzałam przed siebie - byłam odwrócona ku górze, tak więc jedyną rzeczą, jaką dostrzegłam był, biały niczym śnieg, sufit. Obróciłam się w bok i spojrzałam na stojącą przy ścianie na stoliku nocnym zgaszoną lampę. Usiadłam na krawędzi łóżka i poderwałam się z niego po czym zaczęłam iść powolnym krokiem w kierunku kuchni. Szczególnie zwolniłam przechodząc obok kanapy. Wiąże się z nią wspaniałe wspomnienie... zatrzymałam się przy stojącym obok niej stoliku do kawy, wzięłam do ręki monetę, którą zabrałam z kieszeni Matta tuż przed pozbyciem się całej jego reszty. Przyjrzałam się dokładnie jej sygnaturom, delikatnie brudny cent zaplamiony kroplą krwi Matta. Odłożyłam ja starannie i ruszyłam dalej, zrobić dla siebie śniadanie - omlet. Niezwykle sycąca i tłusta potrawa. Smaczny, choć powątpiewam w jego zdrowość, początek dnia. Następnie poranny prysznic, dobranie odpowiedniego stroju i gotowe. Śmiało ruszyłam ku drzwiom prowadzącym do wyjścia z mojego mieszkania, gdy niespodziewanie usłyszałam dzwonek do moich drzwi. Nikogo nie zapraszałam...
<Ktoś? Aby nie było... nikomu nie narzucam, że to on musi być tym dzwoniącym. Zawsze można wymyślić coś bardziej pasującego ;) *Bo z jakiej to beki ktoś miałby mieć w ogóle jakiekolwiek chęci odwiedzenia zupełnie nieznanej sobie osoby?*>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz